Powrót do pracy.

Powrót do pracy.

Minął prawie miesiąc, od kiedy wróciłam do pracy po (a właściwie w trakcie) urlopie macierzyńskim. Nie wiem, czy w Polsce jest to możliwe, w Niemczech podczas urlopu mam prawo pracować do 30h w tygodniu. Postanowiłam, że będę pracowała od poniedziałku do wtorku i od czwartku do piątku. Środy mam wolne ze względu na to, że dzieci we Francji nie chodzą do przedszkola oraz szkoły (zależy od regionu). Pracujemy z mężem na zmiany, w tygodniu poza środą i weekendem się nie widzimy. Czasami uda nam się minąć w pracy i przekazać najważniejsze informacje. Tak, tak, takie to uroki życia daleko od rodziny, bez możliwości pomocy od babci, cioci czy kogokolwiek bliskiego naszemu sercu.

Wracając do pracy zrodziły się we mnie ogromne obawy. Jak się odnajdę w nowym otoczeniu, jak poradzę sobie z nowymi zadaniami, które zostaną mi powierzone? Przez ostatnie 3 lat pracowałam sama, dla siebie. Byłam swoim szefem, władcą mojego małego świata pracy. Nikt mi nie mówił co, jak i kiedy. Sama decydowałam, kiedy rozpocznie się mój dzień pracy i kiedy się skończy. Sama decydowałam o tym, kiedy i jaki długi przydzielę sobie urlop.

Czemu zdecydowałam o powrocie do pracy?

Po pierwsze zamknięcie platformy, na której sprzedawałam swoje rzeczy. W lipcu jak grom z jasnego nieba spadła na mnie informacja o zaprzestaniu od sierpnia działania DaWanda. Wówczas pojawiła się nowa alternatywa- ETSY, jednak była to dla mnie wielka niewiadoma. Zbyt wielka.
Ostateczna decyzja zapadła na naszym urlopie. Znaleźliśmy nasz wymarzony kawałek ziemii na Podlasiu i kupując ją wyczyściliśmy nasze oszczędności praktycznie do zera. Brak zabezpieczenia finansowego nie pozwoliłby mi spokojnie spać wiec było to dla mnie oczywiste, że powrót do pracy będzie nie unikniony.

 

Strach przed powrotem.

Myśl o powrocie napawał mnie bardzo dużym strachem. Lęk przed rozstaniem z dziećmi, mężem, przed nowymi ludźmi, nowymi obowiązkami oraz tym jak my to wszystko pogodzimy był tak ogromy, że przysłaniał optymistyczną wizję rozpoczęcia nowego etapu życia, pewnej wypłaty co miesiąc i tego, że w końcu nie będę musiała po pracy myśleć o pracy.

1.11 a właściwie 2.11 nadszedł ten dzień. Mąż wziął wolne, wiec miałam wsparcie psychiczne. Na nieszczęście miałam popołudniową zmianę, więc dzieci pierwszy raz w życiu poszły spać do łóżka beze mnie. Uczucie dziwne, ale cóż…przeżyłam. W pracy znalazłam wiele przyjaznych mi dusz, które ułatwiły mi ten pierwszy dzień. Z każdym dniem było coraz lepiej i teraz muszę powiedzieć, że idę z wielką przyjemnością do pracy i spędzam tam czas z ludźmi, z którymi się śmieje i rozmawiam o innych rzeczach niż o pieluchach, kupach czy metodach wychowania. Zrozumiałam mojego męża, który od pewnego czasu mówił, że czasami, kiedy dzieci są niegrzeczne wolałby być w pracy. Zrozumiałam też, że można być zmęczonym i niekoniecznie mieć ochotę na inspirujące zabawy, wyjścia na basen, czy długie spacery. Zrozumiałam, że można być zmęczonym.

Z perspektywy tego miesiąca doszłam do wniosku, że komfort psychiczny, jaki daje mi fakt, że za parę dni pojawi się moja wypłata na koncie, jest nie do opisania. Po 3 latach (które były dla nas szczodre) obaw (bezpodstawnych) o nasze finanse, w końcu nadszedł ten czas, że wiem, że obojętnie co się stanie, moja wyplata będzie na końcu miesiąca zasilała nasz domowy budżet. Drugim plusem jest kontakt z ludźmi. Chyba sama siebie nie znałam, bo uważałam siebie raczej za osobę małomówną, skrytą i cichą… aż do 02.11… Czuję się jakbym wypuściła swój język z niewoli… nadrabia on za wszelkie czasy.

A co z moją Firmą?
Po długich rozważaniach plan był taki, aby zamknąć ją od nowego roku.. ale nie byłabym sobą, gdybym planu nie zmieniła. Tak więc będę ciągnęła te dwie sprawy tak długo, jak dam rade :D

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Instagram Feed

Something is wrong.
Instagram token error.